| OKNO |
| Burzliwy początek lata 03/06/2007 14:47 Link Komentuj (0) Biegam, latam, załatwiam, śmigam, fotografuję, mknę, znowu fotografuję, następnie odbieram telefony, o kolejnych awariach się dowiaduję, znikam, nie mam czasu, a jak mam to w samochodzie, szlag mnie trafia, nie odbieram już telefonów, bo nie mam czasu, bo biegam, latam, załatwiam... ...śmigam... ...fotografuję. ![]() Warsztaty "Świat Mało Znany" już skończone, i chociaż fizycznie skatowały mnie kompletnie, to biorąc pod uwagę moje ostatnie doświadczenia z tzw "normalnymi" fotografami, muszę przyznać, że praca z tymi "nienormalnymi" turbodoładowała moje baterie. Pierwszą sprawą, od której zaczynałem dwa lata temu, dokumentowanie pracy niepełnosprawnych artystów było odtworzenie --> oczywiście według moich subiektywnych spostrzeżeń --> ich odmiennego postrzegania rzeczywistości. Przez cały ten czas moje założenia, chociaż na bieżąco realizowane pozostawały tylko domysłami. Aparat fotograficzny, w przeciwieństwie do płótna i pędzla, rejestruje dokładnie to, co w chwili robienia zdjęcia widziało oko fotografa, ponad to na filmie pozostaje również zarejestrowany sposób widzenia samego autora, to jak patrzy na świat, co przyciąga jego uwagę, co odrzuca, sposób w jaki widzi plamy, barwy czy zwykłe kierunki. Dzięki tym właśnie właściwościom fotoaparatu mogłem zajrzeć do umysłów moich warsztatowych podopiecznych, aby naocznie przekonać się, które z moich założeń się sprawdziły, a które były kompletnie nietrafione. Ponad to dzięki uczestnictwu w warsztatach udało mi się popchnąć do przodu temat "Szalonych Artystów", bo ostatnio troszkę go zaniedbałem. Może latem, w końcu dojadę do pana Damiana Rebelskiego w Bydgoszczy i zrobię zdjęcia, o których myślę już od roku... Humor z dzienników... 07/06/2007 23:35 Link Komentuj (0) Kilka dni temu, szukając jakiejś informacji o Chinach, sięgnąłem do moich starych, podróżniczych dzienników, w których dzień po dniu i prawie godzina po godzinie, opisane zostały podróż, poznani ludzie, ciekawostki oraz moje własne spostrzeżenia odnoszące się do otaczającej mnie rzeczywistości. Szczególnie te ostatnie przyciągnęły moja uwagę, kiedy czytałem je teraz --> pięć lat od ich zapisania. Nie sposób oczywiście spisać wszystkich, ale pozwolę sobie zacytować ten, który mnie osobiście, wzruszył najbardziej... 5.08.2002 9:26 - Granatowe gacie rozpruły mi się w kroczu, więc tą informację piszę już w nowych portkach --> Swoją drogą, myślałem, że przenoszę tamte do końca --> (...) Prawdę pisząc, po zewnętrznej stronie gacie granatowe były tak brudne jak je zdjąłem, że można się do nich przylepić --> ale przecież nie mogłem o tym wiedzieć bo byłem w stronie wewnętrznej, która nadal pozostawała względnie nielepka... ![]() Gdańsk Press Photo 2007 13/06/2007 22:30 Link Komentuj (3) Zainteresowanych tegorocznymi wynikami konkursu Gdańsk Press Photo odsyłam TU. Niestety ja w tym roku w ogóle się nie popisałem i tą metodą nie znajdziecie mnie na tej liście... Swoją drogą, ciekaw jestem Waszej opinii na temat tych zdjęć. ![]() Borowo by night 17/06/2007 23:31 Link Komentuj (0) Wróciłem właśnie z dwudniowego rautu u moich przyjaciół. Państwo D postanowili pewnego razu porzucić nerwowy, trój-miejski tryb życia i wynieśli się do oddalonego o kilka kilometrów Borowa. Dzięki tej decyzji mieszkają teraz w odległości 1,5km od jednego z najpiękniejszych zakątków Kaszub --> Jaru Raduni, nad który mogą sobie chodzić kiedy tylko zapragną. Poza tym są oczywiście inne zalety tego wyboru, sąsiedzi są mili, do sklepu idzie się tylko na drugą stronę ulicy, a do znakomitej restauracji Checz Rybacka wystarczy, po przejściu przez tą samą ulicę, odbić w prawo. Nie wszystko jest jednak takie piękne, ta jedyna ulica, przecinająca drogę do sklepu i restauracji, jest jedną z najgłówniejszych tras przelotowych na Kaszubach i całą noc zaiwaniają na niej samochody, a w restauracji kelnerki na okrągło mylą zlecenia, co więcej w moim dzisiejszym tatarze znajdował się 50cm długości włos (Dzięki Bogu, długość sugeruje, że nie był to włos łonowy...), jeden z współtowarzyszy posiłku też miał takiego w swoim kotlecie ale chyba wypadł z innej części głowy bo był krótszy --> należy więc przyjąć, że dania z zarostem są w tym lokalu normą. Przynajmniej w niedzielę. ![]() A co do imprezy...no to...no...pięknie było po prostu! Dzięki uprzejmości Magdy G w ogródku zainstalowany został rollbar i 80 litrów pifka do opędzlowania. Dało nam to możliwość wejścia na wyższe stany świadomości, które w przypadku kilku osób --> nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o Leszku --> były już tak wysokie, że nie działała nawet na nie nasza ziemska grawitacja. W trakcie imprezy przekonałem się ponad to, o nieocenionej przydatności telefonu komórkowego, kiedy siedząc na kibelku na pięterku odebrałem telefon od kolegi z wc na parterze, proszącego o rolkę papieru. Był pokaz zdjęć z ostatnich 10+ lat naszego życia i wspólnego picia oraz prezenty. Balet trwał do 6 rano. Na koniec będzie z innej beczki --> Od jakiegoś czasu, Christian Patterson poszukuje na swoim blogu najwcześniejszych przykładów kolorowej fotografii. Bardzo polecam te artykuły szczególnie takim konserwatywnym konserwom jak ja. Pośród wielu ciekawych linków do galerii, muzeów i publikacji, znalazłem TO <-- Genialne, po prostu... Kiełbasa z Niemca 22/06/2007 17:31 Link Komentuj (2) Brzmi śmiesznie? Kilka dni temu, dzięki uprzejmości i pomocy Rektora Politechniki i jego żony, dotarłem do pani Gizeli, rodowitej Gdańszczanki, urodzonej w 1931 roku, Niemki. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jakim szczęściem jest odnalezienie takiej osoby i jakim jest ona skarbem z punktu widzenia historii naszego miasta. Miasta, które przez Rosjan, i później Polaków było regularnie "odniemczane". Radość moja była tym większa, że kiedy przyszedłem do pani Gizeli z aparatem i dyktafonem, czekała tam na mnie jeszcze jej siostra, pani Waltrout. Rozmowa była jak podróż w czasie, ulice miały dalej niemieckie nazwy, stały przy nich domy, które nasze pokolenie zna tylko ze starych zdjęć i historycznych opracowań. Najciekawsze było jednak Gdańskie mieszczaństwo, mieszanina wszelkich narodowości z dużym akcentem na Niemców, Polaków i... Żydów. Ci ostatni utkwili w pamięci sióstr najbardziej. Zalewając już drugą szklankę owocowej herbaty, pani Gizela, mówiąca nadal z silnym, niemieckim akcentem, rozpoczęła opowieść, która na dobrych kilka minut pozbawiła mnie tchu. Był podobno, w Gdańsku sklep mięsny, prowadzony przez Żydowskich właścicieli. Mieścił się w okolicach ulicy Świętojańskiej. Na schodach tego sklepu, zdaniem pani Gizeli, znajdowały się ukryte stalowe łańcuchy, a zaraz za nimi dziura, w którą wpadały, zwabione słodyczami, niemieckie dzieci. Pani Gizela dokładnie pamięta, jak matka przestrzegała ją by tam nie chodziła i broń Boże nie puszczała tam, młodszej o 3 lata siostry. Każde niemieckie dziecko, które spadało ze schodów trafiało prosto na rzeźnicki stół, gdzie błyskawicznie zrywano zeń ubranie, a następnie po poćwiartowaniu mielono. Gotowy produkt, najczęściej w formie wędzonej kiełbasy sprzedawano Polakom. Nie umiem opisać uczucia z jakim słuchałem tej i kilku jeszcze równie zaskakujących historii. W szkole uczymy się o tym już w podstawówce, potem jeszcze o tym czytamy, z okazji różnych rocznicowych obchodów często mówi się o tym w telewizji, ale ponieważ moje pokolenie jest już drugim po wojnie, nigdy nie spodziewałbym się, że przyjdzie mi jeszcze zetknąć się hitleryzmem w moim życiu. Przecież to nie możliwe. Zawsze wydawało się mi, że Niemcy, ci którzy przeżyli wojnę, jednak zrozumieli czym był holocaust, i że nie da się 70 lat później, w dobie telewizji i radia, i puszczanych tam audycji, spotkać ludzi żywcem wyciętych z faszystowskich Niemiec. ![]() A jednak. Kiedy wróciłem do domu i przesłuchałem to nagranie jeszcze raz, zdałem sobie w końcu sprawę, że tak naprawdę ta kobieta jest taką samą ofiarą wojny jak Żydzi, na których tak pluje. Ironią losu jest fakt, że jej ojciec zginął w pierwszych dniach wojny --> został, na jej oczach rozstrzelany za ukrywanie Polaków i...Żydów. To jak, brzmi śmiesznie? Nie - Nowi Dokumentaliści 25/06/2007 16:51 Link Komentuj (0) Od wczoraj zaczęło się astronomiczne lato, oznacza to niestety, że dzień robi się już coraz krótszy i wielkimi krokami zbliża się wrzesień. W raz z nim nadchodzi kolejny foto-plener naszej uczelni. Słowo "Plener" jest, szczerze pisząc, mocnym nadużyciem, skoro wszystkie zajęcia tak na prawdę odbywają się w szkole. Podczas tej stosunkowo nudnej imprezy władze naszej uczelni zapraszają na wykłady trzech tzw. znanych fotografów, w zeszłym roku był wśród nich Ireneusz Zjeżdżałka --> krytyk, dziennikarz i przede wszystkim dokumentalista. Nie potrafię opisać mojego zainteresowania tym wykładem, w końcu każdy taki kontakt powinien mnie czegoś nauczyć, nie wspominając już o tym, że miałem nadzieję porozmawiać ze Zjeżdżałką, pełniącym funkcję naczelnego kwartalnika Fotografia, o trapiącej mnie miernocie w polskiej fotografii dokumentalnej. Niestety, to co zobaczyłem podczas jego wykładu i prezentacji zdjęć, pozbawiło mnie wszelkich złudzeń --> przykład idzie z góry. Była kiedyś taka wystawa, w której Zjeżdżałka brał udział, zatytułowana Nowi Dokumentaliści, w oczywisty sposób odnosząca się do słynnej wystawy zorganizowanej w 1967 roku w Museum Of Modern Art w Nowym Jorku. Ta Nowojorska, przełamała obowiązujące w ówczesnych czasach schematy, autorzy prezentowanych tam zdjęć, wśród których byli między innymi Diane Arbus, Lee Freidlander, Garry Winogrand i William Eggleston wysadzili w powietrze dotychczasową fotografię dokumentalną i wprowadzili do niej zupełnie inne tematy, podejście do nich i sposoby ich realizacji. Krótko pisząc był to przewrót przeciwko reprezentowanej przez takich fotografów jak Walker Evans, czy Bresson, klasycznej fotografii z jej pieczołowicie zorganizowanymi kadrami i bardzo określoną, wynikającą z obowiązujących tendencji tematyką. I oto, po prawie czterdziestu latach, grupa dokumentalistów w Polsce, na czele ze wspomnianym wcześniej panem Zjeżdżałką, odkrywa tą samą "Amerykę" po raz drugi, twierdząc, że wywoła to przewrót podobny do tego z 1967 roku. Dramat. Co gorsze kiedy próbowałem porozmawiać z naczelnym najbardziej prestiżowego pisma fotograficznego w Polsce o nowych tendencjach w fotografii dokumentalnej na świecie, okazało się, że połowa z dość długiej listy nazwisk członków znanej chyba wszystkim agencji Magnum jest mu kompletnie obca. Fotografowie tacy jak Jonas Bendiksen, Antoine D'Agata, czy Carl De Keyzer po prostu nie istnieją. Ja z nikim wojować nie chcę, ani nie staram się udowodnić, że jestem lepszy od kogokolwiek. Po prostu uważam, że poziom dokumentu w Polsce spada, a częściową odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą fotograficzne Media i macherzy, którzy obstawiają i ustawiają największe, i najbardziej prestiżowe wystawy w naszym kraju. ![]() A świat idzie dalej... Zobaczcie proszę prace dwójki studentów, którzy załapali się na przegląd portfolio w Magnum. Alix Smith, Jeffrey Stockbridge są moim zdaniem o wiele bardziej odkrywczy, niż większość artystów biorących działu w polskiej edycji, Nowych Dokumentalistów. |
| Soth Patterson Greenfield Stoddart Danieluk Lamson Magnum Contact Panos VII Digital Journalist Zapomniane Miasto Mechanik 2008 wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad [Księga gości] Wyślij wiadomość |